Bez Boga w sercu

Kłęby dymu unosiły się pod sam sufit i delikatnie głaskały, zszarzałe z kurzu, karnisze żyrandola. Przester leżał na łóżku. Wsłuchiwał się w partię solową Kerrego Kinga. „Ależ galopada!” – pomyślał i zaciągnął się Sobieskim Lightem. „Kiedy wreszcie i ja będę tak potrafił?” – zapytał sam siebie. ” Ech, oby tylko dziś coś z tego wyszło, bo inaczej rzucę to w cholerę ” – westchnął w myślach.
Zasłuchał się zupełnie, kiedy zza wyjątkowo ciężkiego riffu z Angel of  Death przebiło się do samego wnętrza pokoju rozpaczliwe wycie: – Marek , błagam wyłącz te ryki! Dziś jest święto!
Zaciągnął się szlugiem. „Wielki Piątek, kurwa mać.” Walenie nie mijało.
- Dobra. Ściszę! –  krzyknął i leniwie podniósł się z tapczanu. Stanął między meblościanką a łóżkiem . „Kiedy te patałachy wreszcie przyjdą?” –  zastanawiał się, przyglądając się swemu odbiciu w lustrze .
„Trzeba się ubrać. Nie, Steve? ” Popatrzył na pociągłą twarz mężczyzny o typowo angielskich rysach, które w połączeniu z długimi włosami i grzywką wyciętą jak od garnka dawały mu wygląd kompletnego kretyna. Pozostali nie wyglądali lepiej. Spojrzał na resztę członków Iron Maiden uwięzionych na płaszczyźnie ściany, między biurkiem a oknem i paprotką. Lubił rozmawiać z plakatami, do tego chłopaki z Ironów mieli na tym zdjęciu takie same spodnie jak on. Wąskie i tak obcisłe, że prawie jaja wychodzą w kroku. Może stąd ten pisk Dickinsona? A zresztą. Podobno laskom na widok tych dżinów robi się mokro od śluzu.
Dzwonek do drzwi. „Są!” – Strzepnął łupież z ramion, zarzucił grzywę do tyłu i zdjął z kangurka frotkę. „Trochę tłuste te kłaki” – zauważył, zaczesując włosy w koński ogon.
-Już idę! Powiedz żeby poczekali!
Otworzył drzwi. Dopadł go zapach białej kiełbasy i żurku. Jedyna dobra strona tych świąt jest taka, że będzie dużo dobrego jedzenia, zresztą nażre się już dziś wieczorem, po cichutku. Tak, żeby matka nie widziała.
– Wziąłbyś się za coś. Posprzątałeś pokój? Nic tylko palisz te fajki i słuchasz tego wycia. Dziś mi do kościoła wieczorem, ale to obowiązkowo! – Matka stała na progu z rękami upapranymi chyba w mące.
– I żadnych mi wygłupów z tym waleniem i darciem się na garażach! Nie będę potem przed ludźmi oczami świecić! – nie schodziła z tonu. – Zresztą dziś to byłby grzech prawdziwy!! Pana Jezusa ukrzyżowali, a wy będziecie może tam się wydzierać ? Za twoje grzechy też go ukrzyżowali, gwoździe wbijali i biczowali. Za twoje też ! U spowiedzi byłeś? Prawdę mi mów!! Idź jeszcze jak nie byłeś!! Idź, pochwal się księdzu Markowi, żeś na studniówce w toalecie zasnął, tak się schlałeś.
„Normalnie gęba jej się nie zamyka” – pomyślał Przester.
– Gdyby człowiek wiedział, że takie głupoty będziesz wyczyniać, to nigdy by się do tej gitary nie dołożył! Zmarnujesz, pieniądze i instrument!
– Dobra, dobra – bąknął pod nosem, zarzucił skórę i wybiegł na klatkę.
Kilka zeskoków ze schodów i był już na dole. ”Zimno ” – pomyślał w pierwszej chwili. ” Zasrana wiosna. Nie wiadomo kiedy przyjdzie”.
Zbychu i Mały czekali przy ławce. Podszedł i podał im rękę.
– Chcesz fajkę? – Mały wyciągnął pomiętą paczkę Carmenów.
– Za chwilę, jak miniemy blok. – Zbychu obejrzał się niecierpliwie za siebie.
- To co Przester? Od czego zaczniemy dziś ? – Mały wziął macha. – Może od Entera? Co?
„Pewnie, że od Entera, przecież nic innego nie umiemy zagrać. Można by powiedzieć, że Metallika właśnie po to stworzyła utwór Enter Sandman” – Przester westchnął w myślach.
- Jasne, może być na początek Enter. Czemu nie – odpowiedział i zaczął szukać fajek w kurtce.
– Chłopaki, ale dziś niedługo, co? – Zbychu jęczał jak zwykle i już był wystraszony. – Ojciec się czepiać coś zaczął, poza tym wiecie…Święta ,nie? Nie wypada trochę…
– Z godzinkę pogramy i wystarczy. Pokażę wam nawy kawałek – Przester powiedział to bardziej do siebie niż do nich, ale wiedział, że zareagują od razu.
- Nowy kawałek? – Na twarzach małego i Zbycha pojawiło się zaciekawienie przechodzące momentalnie w ekscytację. – Jaki? – zapytali niemal równocześnie.
– A nie dowiecie się ! – Przester uśmiechnął się i pomachał palcem. – Powiem tylko tyle, że was wbije w ziemię!
– “Symphony of Destruction”! Na pewno! - wykrzyknął Zbychu i machnął czupryną, niczym sam Dave Mustaine z zespołu Megadeath.
– A ja bym tam chciał żebyśmy kiedyś umieli zagrać “Hangar 18”, tak jak ci z Domu Kultury. Oni to nieźle naparzają. –Mały się rozmarzył i zamilkł… Przez moment szli w niezręcznym milczeniu.
Ciszę gwałtownie przerwał Przester : – A tam naparzają! No naparzają, ale grają już pięć lat ! Zresztą, co wam w głowach nowe kawałki, kiedy kapela nawet nazwy nie ma! – Gdy to mówił, gdzieś z oddali coś mocno i głęboko zaczęło dudnić. – Hetfield i Urlich zanim usiedli do “Kill em all” mieli już nazwę, wiedzieli, że ich zespół to Metallica! – Twarz Przestera zrobiła się czerwonawa. Znów coś huknęło z wielką siłą za ich plecami. Mały i Zbychu patrzyli na Przestera z lekko otwartymi ustami.
– Dlaczego nazwa ma takie znaczenie? – Przester na chwilę zrobił pauzę, by zaczerpnąć powietrza, wtedy huk po raz kolejny dał się we znaki. – Dobra nazwa jest jak taran, jak czołg! Miażdży całą konkurencję i wbija się z twoją muzyką do samego mózgu, kurwa!– skończył, i odkaszlnął, przy tym wypluł szarawą papierosową glutę. Jakby na zakończenie jakiejś uwertury coś dupnęło jeszcze raz.
– Co to, kurwa, za walenie z tyłu? – spytał już spokojniej i spojrzał za siebie.
– Chyba dzwony w kościele walą… Na mszę …– cicho odpowiedział Zbychu.
Przester wrzucił peta w czarną maź kałuży: – Dobra, kurwa mać! Idziemy!

***
Szli przez osiedle, koło warzywniaka i w dół nad Odrę , na garaże. Tam Zbycha stary trzymał Lanosa i tam robili próby. „Na razie ” – kombinował w myślach Przester – „Do puki nie zarobię na jabłkach w Niemczech, później wynajmiemy salkę w domu kultury i laski będą przychodzić do nas na próby tak samo, jak do kapeli Rudego.” Ale, puki co, musieli jeszcze zostać w garażu. W ogóle to Przester miał wrażenie, że gdyby nie on, to cała ta kapela by się rozsypała jak domek z kart. Mały do tej pory nie kupił sobie basa i grał na tym starym złomie z czasów Beatlesów, a Zbychu? Ten co prawda miał bębny, bo mu stary na osiemnastkę kupił…Ale co z tego, jak nie umiał zagrać równo dłużej niż przez minutę? „Perkusistą wszech-czasów to on nie jest ” – Przester w myślach pokręcił głową. ” Nazwa. Dobra nazwa. to jest to” – pomyślał – „tego nam brakuje”.
Poczuł ssanie w żołądku. Rano zjadł tylko jedną kromkę z serem żółtym. „Pieprzony post.” – Matka nie pozwoliła mu się dobrać do szynki i tłustego baleronu, który pojawił się w lodówce w związku ze świętami.
W powietrzu unosił się zapach ziemniaków, zmieszany z wonią gotowanych gołąbków. „To z któregoś okna na parterze” – rozglądał się. „Ludzie już dostali świra na punkcie tego wszystkiego”.
Przypomniał sobie, że w niedzielę trzeba będzie podzielić się jajeczkiem no i obowiązkowo kursować na mszę, albo przynajmniej godzinę łazić po parku by matka nie marudziła, że się nie było w kościele….
Nie chciał o tym myśleć – wyobraził sobie Sabinę. Jak ogląda ich koncert. Nie grali jeszcze nigdy co prawda przed publicznością, ale on już o to zadba. Na początek podbiją scenę ośrodka kultury. Przyjdą wszyscy metalowcy z miasta – no i ona. Sabina. Oczy wyobraźni: Przester drze się i wycina solówy a kapela pędzi jak lokomotywa. Sabina ma rumieńce. Potem przychodzi do niego, całują się, aż on zrywa jej spodnie i robi minetę na klatce. Potem Sabina wypina swój krągły tyłeczek, a Przester wchodzi w jej doskonale wilgotną szparkę. Ta wizja tak na niego podziałała, że przez chwilę chciał okłamać chłopaków, że musi się odlać, pójść za róg i zwalić konia, ale jakoś się opanował. „Żeby tylko dzisiaj coś wyszło z tego grania”  – pomyślał.
Zupełnie zamyślony nie zauważył, że już dawno wyszli z osiedla i przechodzili przez centrum miasteczka. Zaskoczyło go, że na pustej z reguły ulicy pojawił się tłum, który zmierzał w jednym kierunku.
Na chodniku było tak tłoczno, jak na bazarze w sobotę handlową. Ludzie mijali go z każdej strony. Z masy szybko wyłowił znajome gęby. Sąsiad Gienek w swoich najlepszych spodniach i do tego chyba trzeźwy, kulawa Martyna z mamą co mieszkają dwie klatki dalej i ta jebnięta Smoluchowska – konfidentka policyjna. Do tego na horyzoncie Przester dostrzegł swoich starych. ” O kurwa! ” – doznał olśnienia.
Tłum maszerował na drogę krzyżową o osiemnastej, tę samą, na której matka chciała go widzieć. Przypomniał sobie, że przecież dziś święto. Zszedł z chodnika, robiąc kurtuazyjne gesty powitania sąsiadom i całej armii debili z osiedla.
Ta nagła zmiana scenerii jakoś go podenerwowała, czuł się spięty, do tego miał wrażenie, że mijani ludzie patrzyli na niego jakoś dziwnie…jakby wilkiem, czy coś.? Smoluchowska co prawda odpowiedziała dzień dobry, ale tak jakby unikała jego wzroku….Wyjątkowo trzeźwy dziś Gienio dla odmiany przybrał kpiarski wyraz twarzy, dziwnie się uśmiechał pod nosem.
„Coś jest nie tak ?” – Spojrzał na swoją najlepszą koszulkę Slayera, którą ubrał specjalnie z okazji próby. Na przedzie widniała wielka czacha z kłami spływającymi krwią, do tego w hitlerowskim hełmie, a  wszystko na tle satanistycznej gwiazdy z krzyżem odwróconym do góry nogami.
Kilka metrów od niego, na wieczorną drogę krzyżową podążała pani Malinaikowa, za rękę prowadziła swoją wnuczkę. Dziewczynka zwolniła i zapatrzyła się w czaszkę z dużym napisem Slayer.
Maliniakowa obrzuciła Przestera karcącym spojrzeniem. Pociągnęła dziecko mocniej do przodu i minęła go bez słowa, mimo że machnął głową na dzień dobry. Stał jeszcze chwilę bez ruchu, z poczuciem wstydu, które wpędzało go w jeszcze większy wstyd. Końską (lekko przetłuszczoną) grzywę rozwiewał wiatr. Spodnie trochę uwierały w kroku. „Ciężko być metalowcem w tym pieprzonym kraju” – pomyślał i obrócił się by wypatrzeć Zbycha i Małego.
Powoli się ściemniało, kiedy przestrzeń wypełniło długie, przeciągłe wycie. To w kościele, zaczęły się pierwsze żałobne pieśni. „Te postne obrzędy są takie męczące. ” – Przypomniał sobie, jak w podstawówce jeszcze z matką chodzili do kościoła we wszystkie niedziele adwentu, na drogi krzyżowe i codziennie, od wielkiego czwartku, do kościoła. Nabożeństwo w Wielki Piątek miało jednak swój klimat, musiał to przyznać. Zawsze z pewnym podekscytowaniem obserwował jak lektor i ksiądz z podziałem na role odczytywali fragmenty ewangelii męki pańskiej. To mu się nawet podobało. To całe rozpamiętywanie kaźni – upadki pod krzyżem, biczowanie, korona cierniowa – a wszystko w oprawie dudniących gdzieś ze studni, przyciężkawych pieśni. Było ciężko i grobowo. „Jak na najlepszych płytach Obituary” – pomyślał.

***
Drzwi zaskrzeczały, gdy Zbychu otworzył je na oścież. Puściutko. Stary Zbycha na wiosnę zaczął trzymać Lanosa pod blokiem. Perkusja była cała zakurzona. W środku unosił się charakterystyczny zapach benzyny, smarów i spalin. Na samym froncie, tuż nad stołem na narzędzia zwisał kalendarz z gołą babą z zeszłego roku. „Fajna cipa” – pomyślał Przester – „futerko równo przystrzyżone w czarny paseczek”.
- Ale dziś niedługo chłopaki – Zbychu bąknął chyba bardziej do siebie niż do nich  i momentalnie zamilkł.
Przester chwycił za gitarę. Powoli zaczął otwierać pokrowiec. Biało – czarna podróbka marki Fender. Nic to że chińska – piękna. Wydało mu się że błyszczy. Jej obłe kształty mogły się równać  tylko z babskim udem i talią. Na takim sprzęcie Hendrix wycinał numery na Experience.
- No to, co? Wszyscy już rozpakowani? To… Lecimy?
- Dawaj. Zaczynaj coś – zagadnął z tyłu Mały.
Przester podrapał się po gębie. Poszły pierwsze dźwięki Enter Sandman. Nic innego nie przychodziło mu do głowy, więc pomyślał, że na początek niech będzie to. Musieli się trochę rozgrzać. Intro wciągało powtarzalnym motywem. .Mały się dołączył. „Jest ok ” – myślał Przester. Bas zaczął rytmicznie pulsować. „Jakby właził w ściany” – przeszło mu przez myśl, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać bo już ruszyło ostre wejście – riff początkowy, jak wiertarka budujący napięcie.
” Ale zaraz, zaraz! Co jest?” – Przester zdał sobie sprawę, ze grały same gitary. Perkusja milczała. Obrócił się i zobaczył Zbycha, który grzebał coś przy ziemi. „Co to, kurwa, ma być?” – Machnął ręką małemu by przestał…Riff urwał się i przeszedł w jęk zanikających dźwięków spod puszczonego już gryfu…
–Co ty robisz? Czemu nie grasz? – Przester ściszył wzmacniacz.
Zbychu milczał.
- Ej Zbychu ? No co ty palisz głupa? Czemu nie grasz? – głos Przestera stał się ostrzejszy.
– No bo… – Zbychu zaczął jęczeć. – Może dziś próba bez perkusji, co? – Spojrzał na chłopaków.
– Co? Jak to bez perkusji ? O czym ty mówisz ? – Włączył się Mały.
– No bo wiecie, przypomniałem sobie coś – Zbychu powoli cedził słowa. – Dziś jest święto, nie?
– No i co z tego? – Przester szukał papierosa w kurtce.
– Wiecie, że mam to w dupie…Tylko, że… Przypomniałem sobie o Marczyńskim – to ten debil taki, opowiadałem wam kiedyś. Staruch. Opowiadałem wam? Mieszka nade mną i się uwziął…. Dziad zdewociały, ale wszyscy w naszym bloku czują przed nim respekt. On jest ześwirowany… – tu Zbychu zrobił małą pauzę -… może wezwać gliny , albo coś…Dlatego może dziś bez perkusji, co?
Przez jakieś trzy sekundy Mały i Przester w absolutnej ciszy wpatrywali się w Zbycha.
- Może lepiej nie dziś. Wielki Piątek i tak dalej…- Zbychu skończył. Spojrzał na twarze kolegów.
Mały odwrócił się i grzebał coś przy wzmacniaczu. Przester milczał, miał wrażenie, że jego ciało wypełniła jakaś kula. Wiązka, która krążyła w środku w bezsensie i frustracji, bo nie mogła wydostać się na zewnątrz.  Ściągnął gitarę i podniósł z ziemi futerał.
– Co? Co ty robisz? – wymamrotał Zbyszek. Przester powoli pakował gitarę. Chwycił tez kurtkę powieszoną na kancie szafki na narzędzia.
– Wychodzę – odpowiedział. – Koniec. Kurwa koniec. Koniec zespołu.
– Nie no, Marek… Daj spokój – odezwał się Mały i przestał gmerać przy wzmacniaczu.
– Co daj spokój, co daj spokój? To ma być kapela?! – Przester czuł, że jakby nosem… Jakby ta wielka wiązka wydostała się nosem na zewnątrz i pociągnęła go za sobą.
-   To ma być kapela?! – wrzasnął – która boi się zdewociałych staruchów? Jak mamy stanąć przed publiką i coś zagrać, skoro boimy się to zrobić w garażu? Kurwa!
Przester zrobił się czerwony: – Jak to, kurwa, Marczyński? Jaki, kurwa, Marczyński !!?? Podszedł do perkusji i wyrwał Zbychowi pałeczki. Usiadł za garami i zaczął ze wszystkich sił walić w kocioł. – Sram na Marczyńskiego, słyszycie ?! – Potężne brzmienie  perkusji odbijało się echem na przeciwległej ścianie garażu. –– Sram na Marczyńskiego! Słyszycie? Sram!
Mały i Zbychu stali oniemiali. Przester walił w amoku. Na policzki wystąpiły mu czerwone plamy. Wydawało się przy tym, jakby perkusja dostała jeszcze większego kopa, gdzieś z dworu, gdzieś z przestrzeni.
„To chyba znów dzwony w kościele walą na mszę. Te kościelne dzwony to mają jednak moc…” – pomyślał Mały, a wtedy światło pogłaskało jego twarz.
– A niech tam! Pokaż ten nowy kawałek! – Zbychu poderwał się nagle, jakby zszedł z niego jakiś ciężar.

***
Cztery mocne uderzenia i patetyczny riff, by przejść do szybkiego dynamicznego początku. „Ten kawałek wyrywa z butów” – myślał Przester, machając głową na prawo i na lewo. Nareszcie. W głowie słyszał wokal, w nogach miał główny riff, który przechodząc przez jego ciało, zlewał się z podłogą i roznosił drganiami po ścianach garażu. Jakby byli w akustycznym wehikule, daleko w przestrzeni
Przester obrócił się i zobaczył, jak Zbychu ładował z całych sił w kocioł. „Cholera! Jest w świetnej formie” – pomyślał. – „Trenował czy jak?”
Mały opuścił nisko bas i pozwalał sobie kroczyć dookoła w dziwnym amoku. Ciężkie współbrzmienie mięsistego riffu , pochodu basowego i uderzeń stopy odbijało im się na klatkach piersiowych . ” To jest to. To jest to. Wreszcie tworzymy kapelę. Tak dobrze jeszcze nie było.” – na twarzy Przestera pojawił się uśmiech.
Ostatnie uderzenia w gary, ostatni riff. Przesterowi zakręciło się w głowie, a w płucach zabrakło tlenu. Podczas wymachiwania łbem i łażenia z gitarą w kółko mało nie zaplątał się w kabel. Zbychu kompletni zziajany odłożył pałeczki i chwycił za butelkę wody mineralnej. Zdawało się, że zrobiło się wilgotniej i cały garaż oddychał ciężko, ale szczęśliwie razem z nimi, po naprawdę niezłej jeździe…
Bęc! Walenie w drzwi. Głuchy odgłos uderzanego metalu odbił się od ścian. Przester poczuł, jakby pulsowanie w żołądku. Spojrzał na chłopaków z wielkim znakiem zapytania na twarzy.
Bęc, bęc, bęc! – Jeszcze raz. Stali jak oniemiali.
Zbychu wstał i, najciszej jak mógł , podszedł do drzwi. Spojrzał przez szparę przy zamku.
Odsunął się i zbladł. – O nie, to on… – .szepnął Przesterowi do ucha.
Stali tak chwilę jeszcze w milczeniu.
– Wy Boga w sercu nie macie! – głos Marczyńskiego załamywał się. –Wy Boga w sercu nie macie! – jęczał przez drzwi.
Walenie powtórzyło się jeszcze kilka razy. W końcu usłyszeli charakterystyczny dźwięk kroków na żwirze. Marczyński najwidoczniej nie chciał się spóźnić na drogę krzyżową. Przester głęboko odetchnął. Mały zaczął szukać fajek po kieszeniach.

***

- Ależ to była akcja! Ten facet to naprawdę świr ! Dobrze, że  w końcu polazł! – Przester klepnął Zbycha w plecy i zaśmiał się na całe gardło. – Ale nic tam! Dziś było naprawdę super!
Szli spoceniu i szczęśliwi. Oczy im lśniły, a twarze uśmiechały się.
Tworzyli zespół.
” To była dobra próba” – pomyślał Przester. Tylko ta nazwa…Tylko ona jeszcze martwiła Przestera.
Nagle zwolnił kroku. ” Zaraz, zaraz…. Przecież? …. Jasne!” – Spojrzał na zielone konary drzew.
„BEZ BOGA W SERCU” – pomyślał i uśmiechnął się do siebie.
Z dala słychać było dzwony na ostatnią, wieczorną mszę…

Podziel się na:
  • Print
  • Digg
  • Sphinn
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Mixx
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogosphere News
  • PDF

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Connect with Facebook

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong> <font color="" face="" size=""> <span style="">